sobota, 9 lutego 2008

póki co więcej nie mam

Po Defiance spodziewałem się thrash metalu, dostałem punk. Z gatunku tego energetycznego, brudnego. A dlaczego spodziewałem się thrashu? A bo ja wiem, ale jak zacząłem szperać po necie celem przybliżenia sobie o co kolesiom chodziło, wyskoczyło mi kilka stron z … thrashowym Defiance właśnie. Nic to, kolesie młócą dość sympatycznie, ale nie tym razem. Żwawe, motoryczne numery, okazjonalnie trochę więcej melodii w gitarach, chóralne skandowania. Za mało jak na zapowiadaną klasę tej składanki J

Remanentów czas dalszy: L.A.P.D. czyli kolejny (obok Sex Art.) protoplasta Korn. Trochę ciężkich gitar, troche funky, pulsujący bas… znowu obyło się bez moczenia spodni… niestety ;)

No i pomału będę się pozbywał Ratos De Porao, zespołu który jest mi znany głównie z tego, że swego czasu ich ziomale z Sepultura wzięli się za kilka ich numerów. Z racji tego, że zalega mi to na hdq dość długo, przesłuchałem to może ze 3 razy, przesłucham 3+1 raza i kopa. Aż szkoda, bo całkiem ostre i agresywne to to. Będzie trzeba jednak jakąś selekcje naturalną zrobić. Ot co.

Wziąłem się za Ulver. Podobnie jak w przypadku Summoning od końca, gdyż oba te zespoły wyszły z Black Metalu by z czasem ewoluować. Różnice jednak są takie, że o ile późniejsze propozycje Summoning raczej mnie specjalnie nie ujęły (zresztą początki też nie), tak w przypadku Ulver jest zgoła odwrotnie. Ich aktualne (w miarę) oblicze jest tego rodzaju mrokiem, który mnie jara. Minimalistyczne w formie, depresyjno – melancholijne w treści. A z innej nieco beczki – Nattens Madrigal, jeden z ich pierwszych albumów (który mam okazje również przesłuchać), prezentuje naprawdę fajny, szybki i surowy black. Póki co jedynie stan przejściowy pomiędzy biegunami jakoś mi nie leży.

Następną kapelą która nie zagrzeje już długo miejsca na twardzielu jest legenda polskiej sceny – Christ Agony. 5 albumów przez które się przekopuje prezentuje wszystko co tylko możliwe, od blast beatów, przez średnio wolne tempa (dużo), spokojne, klimatyczne numery kojarzące mi się ze starym … Kult … w międzyczasie jakiś techno remix, średniowieczne cóś … za dużo wrażeń z których za mało wynika. Jedynym fragmentem z tych przesłuchań dzisiejszych był nieco progresywno-rockowy motyw który wpadł mi w ucho, ale z racji przeładowania nie mam pojęcia w którym numerze go szukać, a numer jakoś ponad 10 minut chyba trwał. Do przypomnienia został mi jeszcze tylko Moonlight, ale z racji posiadania go na kasecie, nie sądze żebym go potrzebował w wersji cyfrowej.

kończą mi się pomysły na tytuły

Ultraspank – czyli coś z okolic (nienawidzę tego terminu) nu metalu. Terminu, nie muzyki, gdyż uważam że można w nim znaleźć coś ciekawego. Ale czy 4 numery Ultraspank są na tyle ciekawe żeby o nich pamiętać? Śmiem wątpić.

Nie wiem czy o czymś zapomniałem, ale jakoś nie chciało mi się zbytnio pisać. Kolejne podejście zrobiłem natomiast do Daemonarch – Hermeticum. I było to podejście ostateczne. Przez nokaut. Mój na Daemonarch … a właściwie Moonspell, gdyż jest to nic innego jak właśnie skok w bok Portugalczyków. W bok … a może raczej wstecz. W większości średniotempowy black, ani ekstremalnie brutalny, ani nad miarę chwytliwy. Dla mnie zbyteczny.

Rob Zombie. Król horror-rocka? Industrialnego grania? Jak zwał tak zwał. Mam go nieco w formie kasetowej. Fajne granie. Ale w momencie gdy uświadomiłem sobie, kiedy ostatni raz coś sobie jego włączałem…nie ma sensu przepychać tej marki na siłę.

5 minut temu zacząłem przesłuchiwać Tvangeste. Za max 10 wypierdole to na zbity pysk. Lekko cradle’owe klimaty, troche Therion może…generalnie ni to sympho – black, ni inne gówno, jakieś lasie w chórkach, klasyczno – klimatyczne wstawki… za słaby jestem na coś takiego. Minęło jakieś 20 minut … słucham … nie jest tak źle jak myślałem. Nigdy nie chciało mi się wchodzić w taką nieco rzewną muzę, ale ci kolesie (i panny, więc może raczej państwo?) mają coś … jeszcze nie wiem co, i nie wiem na ile to „coś” pomoże im w u3maniu się w mojej lidze (zwłaszcza że operowo zajechała ta pani, a tak było fajnie jak jej nie było). Nic to, posłuchamy – zobaczymy.

Ok., skończyło się tak, że Tvangeste poleci i tak i tak, ale pamiętać należy że jest to naprawdę niezła muza, ciekawa i wielowątkowa, frapująca??? Bez przesady :) ale złe pierwsze wrażenie zostało zatarte, a o ich wywaleniu zdecydował tylko fakt, że nie chcę zbierać rzeczy niepotrzebnych. Powtarzam się???

mój post został pomyślnie opublikowany ;)

A teraz coś z zupełnie innej beczki: techno noisowcy z ATARI Teenage Riot. Nieźle popierdoleni. Ekipa produkuje solidną porcję hałasu na elektro beat-ach. Gdyby nie zasady (chce mieć w miarę możliwości tylko to, do czego jeszcze będę miał ochotę wrócić) mogliby liczyć na miejsce w składzie, a tak to tylko 2 covery (Sham 69 i Beethoven) oraz numer ze ścieżki dźwiękowej do Spawna (chyba Hell Spawn się to konkretnie nazywało) zagrany do spółki z mighty SLAYER No Remorse. I tyle w tym temacie, zresztą i tak już leżakują w koszu.

Zaraz za Niemcami w koszu mościć się będzie Norwegia, czyli Covenant (później przemianowani na The Kovenant). Skoligaceni min. z Dimmu Borgir (również personalnie) do momentu ich dzisiejszego posłuchania mieli spore szanse na awans, a jednak rzeczywistość okazała się zgoła odmienna i panowie polecą za jakieś 6 minut w jednym słusznym kierunku, gdyż pomimo dość w sumie fajnej muzy, zabrakło mi u nich jakiegoś ognia, czegoś co by mnie zachwyciło na dłużej, czegoś czego by mi brakowało za jakiś czas. Raczej nie będzie.

Goathore – fajna nazwa. Muza początkowo nawet też, po potępieńczej introdukcji następuje jednak 35 minut niezbyt porywającej moje zmysły i kończyny metalowej mixtury w barwach deathowo-blackowych. Nic specjalnego jednak z tego nie wynika.

Miłośnikom nowo-brzmienia nazwa Sevendust nie powinna być obca. Ciężkie gitary poprzecinane melodyjnymi refrenami. Core’owe zwrotki + melodyka niebezpiecznie radiowa nawet. Są w tym nowym graniu kapelki które są w stanie zainteresować, nawet zachwycić, ale nie Sevendust. Nie kupuje ich przepisu na muzykę.

Wziąłem się znowu za bary z Blind Guardian. Po blisko 2 godz przesłuchań (dzisiaj) mam lekki dylemat: nie jestem w stanie odmówić im dojrzałości i chwytliwości, a jednak nie wiem jak często wracałbym do grania Guardianów. Te wszystkie epickie, podniosłe motywy zatruwają jednak mój dzień, gdy ja potrzebuje po prostu najebywanki konkretniejszej niż to. Zobaczę co się stanie, coś już poleciało ostatnio, coś poleci i dziś.

Właśnie przed chwilą pozbyłem się kilkunastu numerów Motley Crue. And the reason was, bo ani to album, ani składanka sensowna, jakość różna (od podłej do względnej) a poza tym większość z tych numerów na kasecie posiadam, więc strata żadna. Testuje Profanum … jeśli nie zbliżą się do poziomu Profanum Aeternum (tej czarnej J ) to nie mamy o czym rozmawiać.

Tuż przed snem poleciało Sex Art. Poleciało do kosza, bo do uszu trochę wcześniej. Z czym się to je? Ano z Korn-em, gdyż jest to kapelka z której został podkradziony wokalista Jonathan Davis. Podkradziony do Korn właśnie. Muza zdradza że już za chwilę coś się stanie i drugi ze wspomnianych zespołów namiesza dość znacznie, ale nie jest to potrawa za którą dałbym się pokroić

Kilka dni pracowitej przerwy

Tuż przed końcem weekendu w stronę kosza dzielnie przycelowała Apatia. Zespół o którym nie mogę powiedzieć złego słowa … jak to nie mogę? Zabroni mi ktoś? Jasne że mogę … ale nie chce, bo tak się składa że ta punkowa załoga ma w sobie spore pokłady buntu i energii jakże niezbędnej w tego typu muzie. Co nie zmienia fucktu, że w obliczu ostatnich dokonań np.: El Banda (ostatnich i jak na razie jedynych) jakoś nie widzę sensu przetrzymywania ich na nośniku.

Delikatnie lekko z dupy trafiła mi się demówka Behemotha The Return Of The Northern Moon. Niesamowite jaką drogę ekipa Nergala (tu jeszcze w składzie z Graalem na garach) przebyła od 1992 do dnia dzisiejszego. Dwa całkowicie różne światy nie mające ze sobą wiele wspólnego. Behemoth a.d. 92 to raczkująca kapelka robiąca mrok, ale nie robiąca wrażenia. Behemoth a.d. 2007 to śmierć i zniszczenie!

Samo rano przyniosło małą rozterkę Pt: Dani Filth i jego Wampiry. Miałem zamiar zdecydowanie wziąć się za angoli i rozprawić się z nimi bezlitośnie, a tu kupa i to solidnych rozmiarów. Nymphetamine mi się spodobało – łot i klops L W zamian wziąłem się za Brutal Truth i myślę że pójdzie mi łatwiej. Zapewne zostawie to co mam … na kasecie.

Dziś nierówną walkę o przetrwanie przegrało Dark Ride by Helloween. Krótkie uzasadnienie? Po pierwsze (primo) nie ma Kiskego. Po drugie (primo) zostały mi Keepery. Po trzecie (primo ultimo) nie ma Kiskego i zostały mi Keepery J

Jakoś tak się złożyło że kontynuuje wątek Power metalowy i dziś leci Blind Guardian. Dwie pierwsze płytki prezentują całkiem fajne melodyjne granko „do przodu” z niezłymi melodiami (zwłaszcza druga - Follow the Blind) ale i tak pierwszą która mnie zainteresowała dziś na tyle, żeby ją ew. wstawić na składankę była trzecia w dyskografii Tales From the Twilight World. Apropos składanki: muszę wymyślić jakiś niezły tytuł. Sam jestem ciekaw co z tego wyjdzie…

niedziela, 27 stycznia 2008

Ostatni z przygotowanych

Wyobraźmy sobie taką sytuację: z głośników sączy się wściekła blackowa polewka (hmmm…no i się wygadałem…). Gitary jadowicie tną, wokal rozdzierający powietrze, perkusja … well … perkusja raczej chujowa, ale daje radę. I teraz spojler: klawisz brzmiący niczym trzyoktawowe Casio! Najgorsza z możliwych kombinacji. I do tego jakiś intelekt wysunął te klawiszowe gluty na sam front … wyobraźmy sobie, albo włączmy Goat Horns zespołu Nocturnal Mortum. O co kolesiom chodziło, tego nie wiem. Widzę to tak: panowie chcieli podążać ścieżką Złego (smaku) i wyszło im to znakomicie. Muzyka tak podana i przyprawiona spełnia wszelkie kryteria ku temu, aby odrzucać (w końcu co black to black), więc chyba im się udało … poniekąd.

A Nuclear Assault poleciał tylko za to, że to fajna thrashowa kapela była…

Wikipedia podaje: Old Funeral- norweski zespół black/death metalowy, założony w 1988. Była to jedna z pierwszych ekstremalnych grup na norweskiej scenie metalowej. W składzie min. Abbath i Varg Vikernes.

Marilyn Manson – Golden age of grotesque. Wole ten zespół w klipach niż w formie tylko audio.

Wczoraj miałem chwile zmięknięcia znowu, a dziś twardo (zobaczymy na jak długo): nie przejdą nawet dobre rzeczy które mi się nie przydadzą raczej. Oczywiście ciężko przewidzieć na 100%, ale polecą jednak 2 płyty Biohazard i troche Cradle of Filtr. Zostawie sobie moją ukochaną Cruelty and the Beast i nie wiem czy coś jeszcze. Time will tell ;)

post numer 3 (i już mi się nie podoba)

Dzień dobry sobie. Poleciał dziś (do uszu i do kosza) Edguy i ich „Vain Glory Opera”. Fajny power – heavy, ale skoro zostawie sobie coś z Helloween (bo wiem że zostawie) a poleciała już np.: Avantasia (chyba jeszcze przed rozpoczęciem spisu strat) to dlaczego nie oni? Btw. Avantasia jest projektem pobocznym wokalisty Edguy Tobiasa Sammeta. Może kolejny ich album który właśnie dobiega mych uszu zostanie zakwalifikowany do kolejnej rundy, ale nic pewnego. W tym zestawieniu nie jest łatwo się przebić, bo sędzia jest twardzielem i się nie myje pod pachami.

………po zastanowieniu się, stwierdzono co następuje: może zostać 1 (słownie: jeden) numer, resztę bym wolał wyp … well … ierdolić … ale dziwnym trafem chyba mięknie mi rura, bo całkiem niezgorsza w sumie ta muza, zajeżdża Dyniogłowymi (też Niemcy) … się zobaczy.

Gehenna. Black Seared Heart. Po fajnym intro sztampowy, nieciekawy, średniotempowy black. Absolutnie nic, co by mnie przy tym materiale przetrzymało na dłużej niż wymaga tego przeprowadzana przeze mnie operacja „Przesiew”.

No to lecim dalej – Theatres Des Vampires … nie skomentuje nazwy. Z czymś się kojarzy? Może z wampirami z Cradle of Filth? Może być. Podobny klimat, ale raczej do późniejszych produkcji Angoli, czyli tej z mniejszą ilością blastów, bardziej osadzoną. W propozycji TDV nie dosłuchałem się blastów (ale mogły mi umknąć, więc nawet jeśli są to w ilościach śladowych). Klimat podniosły, od czasu do czasu jakiś akustyk, kobiece chórki … słowem I’m on a highway to the trash can …

Przejechałem dyskografie Summoning. Od 2001 do 1994, czyli od tylca zaobserwowałem progres (w sumie to regres obserwowałem) tej kapeli. Gdzieś na początku ich wędrówki był black. Stopniowo jednak w numerach zaczęło pojawiać się więcej przestrzeni, gitary zeszły bardziej do tyłu, postawiono na atmosfeare. Nawet rola bębnów stała się inna. Rytmy przybrały formę … mantrową? Średniowieczną? Czort wie. Ciekawostka (momentami nawet dość ambitna) aczkolwiek nie trafiająca do mnie. Dziękuje.

Teraz wiem na pewno – epicki okres Bathory jakoś nie leży mi za bardzo. Jasne że to fajne, podniosłe, patetyczne … ale wystarczy włączyć np.: Requiem aby stwierdzić że napierdalanie to jest to w czym Quorthron przekonuje mnie najbardziej.

Przeleciałem Dio … jak na 65 lat nieźle się trzyma. Wiem o co chodzi, gdy słysze że to jeden z większych wokali heavy rocka. Zresztą, nie ma się co rozwodzić. To i tak nie moja działka muzyczna. Podobnie chyba jak From Autumn To Ashes. Post hard core/noise core czy jeszcze coś innego. Nalepka nie gra roli. Dość agresywna, hałaśliwa muza przeplatana specyficzną melodyką (na szczęście nie banalną). Trochę akustycznych gitar, w sumie fajne to nawet i rozumiem dlaczego znalazło się na którejś z płytek z mp3, ale awansu na DVD raczej nie wywalczy.

Żeby nie było że jestem sprzedajną suką i wyniki są z góry ustawione i opłacone. Absolutnie z dupy do ścisłej czołówki zakwalifikował się beniaminek rozgrywek – Morte Macabre. Nic o nich nie wiem, mam tylko 4 numery (z adnotacją że reszty nie ma, zapewne chujowa była) ale za to jakie!!! Zajebiście fajnie mroczne i z POLOTEM!!! Nieco rozimprowizowane, bez wokali żadnych. 4 numery, w sumie 37 minut grania… można? No, kurwa, można!!!

Kolejny w kolejce

Kolejny dzień przesłuchań. W tym momencie My Insanity. Nazwa cienka, muza – okolice Samaela (nowszego, acz nie najnowszego) czy może nawet Him??? . Tylko 2 numery, i z tego co pamiętam – najlepsze. Reasumując – mimo całkiem sporej sympatyczności tych numerów (Solar Child i Monument) raczej nie ma sobie co dupy nimi zawracać.

Była przerwa w pisaniu, ale nie w słuchaniu. Udało mi się wsączyć w głowę Black Label Society – 1919 Eternal. Zorientowani wiedzą (kto nie wie?) że temu składowi przewodzi mr. Zakk Wylde, również podpora składu zespołu Ozziego Osbournea. Nie mam pojęcia jak się kształtuje akurat ten album w kontekście reszty dokonań pana Wylde w BLS, ale po kilku przesłuchaniach tego całkiem w sumie ciekawego materiału, poleciał do kosza. Powód? Nadzieja że trafię na jego lepsze numery. Wiem że się da.

Z przyczyn w sumie nie wiem jakich, poszedł się jebać również całkiem przyzwoity album Danzig – 777 coś tam sranie w banie w podtytule. Jaki Glenn Danzig jest każdy widzi, osobowością jest i basta, ale fucktem jest że preferuje cięższe dźwięki i dlatego na moją składankę dostał się dziś Agoraphobic Nosebleed a nie Danzig. Tyle póki co bo w ramach relaxu (???) Nortt. Kto słyszał ten wie i rozumie 3 zapytajniki w poprzednim zdaniu.

Mało oryginalności w tych początkach, ale chuj tam. Kolejny w kolejce ;) - Demogorgon. Nazwa niezbyt mądra, napierdaluszka już całkiem konkretna. death w miarę czytelny (choć to zdaje się jakieś demo) bez jebania się w szczegóły, jakieś zawiłe aranże, panowie tłuką dość ostro i do przodu. Słychać melodie (jak na death, bez popowych piargów). W końcu coś sensownego na tym łez padole.

Wieczorową porą udało mi się (znowu) wejść w temat Crowbar, którzy swoim powolnym, siermiężnym hc nie zdobyli i tym razem serca królewny. Zamiana w żabę i rzut w kierunku śmietniska był tylko kwestią czasu…

Następny przystanek – Moral Insanity. Dość rozbudowane struktury śmierć metalu i nie wyróżniające się specjalnie numery, czyli jak najbardziej poprawnie… a ja łowie.

Grave of Shadows. Chyba demo. I już widzę że pomimo fajnej najebywanki (choć np. Demogorgon mi bardziej leżał) nie znajdę tu nic wartego zamieszczenia tego na moim tworzącym się, niesamowicie exkluzywnym muzycznym DiViDi. To co rzuca się w ucho na samo „dzień dobry” to wysoko nastrojony werbel dość sowicie klepany. Do tego wokal wyraźnie z przodu, momentami chyba z lekkim efektem „zabrudzającym” (bądź jest to wina miejsca w którym zostało to nagrane, gdyż jak wspomniałem na początku – raczej z demkiem mam w tym momencie przyjemność (jednak)

Akcja przesiew czyli o co w tym chodzi :D

Jak co jakiś czas, naszło mnie na PiSaNIE. Takie hobby, dać upust emocjom, zrobić coś kreatywnego. Zwłaszcza że siedzę przy kompie i słucham muzy. A czego słucham? A tego … dotyczył będzie ten blog.

Tak się składa, że jestem w momencie remanentów muzycznych, przez dysk mojego lapciaka przewala się zastraszająca ilość dźwięków jakie udało mi się zgromadzić na przestrzeni kilku lat. Jednak w pewnym momencie powstało pytanie: po co? Skoro świat idzie do przodu, codziennie wychodzi tyle nowości że nie jest możliwe przesłuchanie tego wszystkiego (nie mówiąc nawet o kupnie…) więc po co składować tony dźwięków, do których być może już nie zdążę wrócić? Idąc właśnie tym tropem, postanowiłem odkurzyć CDki z empetrójkami, zgrać je na twardziela, przesłuchać, wyłowić ciekawostki, reszte wywalić, płytki oddać. Taka geneza, a zatem przejdźmy do meritum.

Zdążyłem już przejrzeć (czyt. wywalić) X alboomów w tym kilka płytek In Flames (w zasadzie wszystkie które miałem) gotyckie shity typu Tristania (po grzyb mi to kiedyś było, zwłaszcza że o ile mnie pamięć nie myli, zawsze wkurwiały mnie syreny na wokalu), Gorillaz (kolejny raz: po co???) czy z innej beczki np.: Pudelsi (niby to w miare jakoś z sensem, a nie widzę się zasłuchującego się w wokal „Twarda Sztuka z” Maleńczuka).

Pierwszym zespołem który załapie się na coś a’la recka w moim tekście będzie krakowski Velvet Thorns, na gruzach którego powstał czas jakiś potem zespół Retribution. Kapelka prezentuje dźwiękową materie w klimatach … dokładnie tak, jest to coś, co kilka lat wstecz, zwykło nazywać się klimatycznym metalem. Wszechobecne klawisze, raczej średnie tempa (choć okazjonalnie pojawiają się solidne dojebania). Męski ryk, okazjonalnie recytacja bądź szept. W sumie Where Demons Rise (bo tak się nazywa ten album z 1997 roku) powinni bez problemu wciągnąć fani wczesnego oblicza np.: Anathemy, czy rodzimego Sirrah. Słucha się tego całkiem fajnie, aczkolwiek kapelka idzie do wywalenia. Powód? Gdyż jest to jedna z tych płyt, do których bym i tak raczej nie wrócił. Za mało mam czasu. Sorry panowie.

Dwa dni minęły, w międzyczasie przeleciałem trochę Helloween, ale nie będę się rozwodził nad sprawami tak oczywistymi jak to, że Michael Kiske jest najlepszym wokalem do tej kapeli, w związku z czym całkiem niezły Time of the Oath przepadł w czeluściach kosza… Co pozatym? Dead Kennedys z szalonym Jello Biafra, zapoznanie się nieco bliższe z Nargaroth prezentującym (jak sama nazwa może sugerować) ostry i agresywny black metal. Przeleciałem kilka ich wydawnictw, wyłowiłem dwa bieguny ich twórczości – prymitywny, pozbawiony wokalu, kojarzący mi się z klimatem Burzum i drugi, kurewsko mocny, zdecydowanie szybszy, leppiej wyprodukowany, równie interesujący.

W międzyczasie poleciał masakratorek p.t: Demigod (skojarzenia?) taaa….powiem tak: 1992. Jasne? Kapela kultywująca death metal dość agresywny acz z pewną dozą momentów do zapamiętania (mroczne, nieco klimatyczne zwolnienia). Czymś mnie wstępnie ujęli, więc punkt dla nich, przechodzą do półfinałów ;).

Z rzeczy znanych i lubianych – Rage Against The Machine. Kapela na której nabawiłem się kiedyś problemów z kręgosłupem ;) skacząc jak szalony po całym pokoju. Energia proszę państwa. W ramach remanentu przesłuchałem tylko trójeczkę, czyli The battle for L.A. który znam najmniej, bo do którego mam jeden, ale za to poważny zarzut. Brzmienie. Panowie poszli mocno do przodu i wysmażyli naprawdę fajne, pełne brzmienie, ale … brakuje mi przez to surówki słyszalnej wcześniej. Tyle póki co w temacie Rage-ów.

Kolejną kapelką na liście do wywalenia okazał się za to holenderski Callenish Circle (ich strona podała że w lutym 2007 zakończyli działalność. No i spoko ;P). Miks szwedzkiego, czyli melodyjnego death, który sam w sobie jest ciężko przeze mnie przyswajalny, z klimatycznymi naleciałościami ( wspomniany powyżej Demigod robił to jednak znaaaacznie leppiej) kieruje moje paluchy w kierunku klawisza DEL a tym samym holendrów w okolice kosza. I nie ma opcji że z tego wyjdą. Tyle. Dobranoc sobie.

Żartowałem, na koniec poleciała jeszcze Absemia, fajny, grindujący nieco (zwłaszcza widzę to w wokalach) death metal, który jednakże jest dość mocno nieczytelny z poziomu kompa, co automatycznie plasuje go w peletonie kapel do wydupcenia ze skutkiem natychmiastowym. Szkoda trochę, ale takie są reguły…

PieS: dowiedziałem się że są z Argentyny ;)

Tyt2łem wstępu

nie zaczyna się bloga od "no więc".
pierwszy wpis należy do auuuutora. Czyli mnie.

nie mam jednak ochoty na jakieś bzdurne wpisy, gdyż mam już napisane kilka zwrotek tekstu do umieszczenia, a zatem niezwłocznie przechodzę od słów do czynów.

Zasady komentowania: mam absolutnie wypierdolone na to czy ktoś kto będzie to czytał (jeśli ktokolwiek) będzie chciał mnie zbluzgać za moje wypociny czy postawić mi loda - zero cenzury na tym blogu. Prosze bardzo, rzucajcie we mnie gównem, wytarzam się w nim z lubością i zmasturbuje w oparach kału.

A zatem do dzieła!!!