sobota, 9 lutego 2008

mój post został pomyślnie opublikowany ;)

A teraz coś z zupełnie innej beczki: techno noisowcy z ATARI Teenage Riot. Nieźle popierdoleni. Ekipa produkuje solidną porcję hałasu na elektro beat-ach. Gdyby nie zasady (chce mieć w miarę możliwości tylko to, do czego jeszcze będę miał ochotę wrócić) mogliby liczyć na miejsce w składzie, a tak to tylko 2 covery (Sham 69 i Beethoven) oraz numer ze ścieżki dźwiękowej do Spawna (chyba Hell Spawn się to konkretnie nazywało) zagrany do spółki z mighty SLAYER No Remorse. I tyle w tym temacie, zresztą i tak już leżakują w koszu.

Zaraz za Niemcami w koszu mościć się będzie Norwegia, czyli Covenant (później przemianowani na The Kovenant). Skoligaceni min. z Dimmu Borgir (również personalnie) do momentu ich dzisiejszego posłuchania mieli spore szanse na awans, a jednak rzeczywistość okazała się zgoła odmienna i panowie polecą za jakieś 6 minut w jednym słusznym kierunku, gdyż pomimo dość w sumie fajnej muzy, zabrakło mi u nich jakiegoś ognia, czegoś co by mnie zachwyciło na dłużej, czegoś czego by mi brakowało za jakiś czas. Raczej nie będzie.

Goathore – fajna nazwa. Muza początkowo nawet też, po potępieńczej introdukcji następuje jednak 35 minut niezbyt porywającej moje zmysły i kończyny metalowej mixtury w barwach deathowo-blackowych. Nic specjalnego jednak z tego nie wynika.

Miłośnikom nowo-brzmienia nazwa Sevendust nie powinna być obca. Ciężkie gitary poprzecinane melodyjnymi refrenami. Core’owe zwrotki + melodyka niebezpiecznie radiowa nawet. Są w tym nowym graniu kapelki które są w stanie zainteresować, nawet zachwycić, ale nie Sevendust. Nie kupuje ich przepisu na muzykę.

Wziąłem się znowu za bary z Blind Guardian. Po blisko 2 godz przesłuchań (dzisiaj) mam lekki dylemat: nie jestem w stanie odmówić im dojrzałości i chwytliwości, a jednak nie wiem jak często wracałbym do grania Guardianów. Te wszystkie epickie, podniosłe motywy zatruwają jednak mój dzień, gdy ja potrzebuje po prostu najebywanki konkretniejszej niż to. Zobaczę co się stanie, coś już poleciało ostatnio, coś poleci i dziś.

Właśnie przed chwilą pozbyłem się kilkunastu numerów Motley Crue. And the reason was, bo ani to album, ani składanka sensowna, jakość różna (od podłej do względnej) a poza tym większość z tych numerów na kasecie posiadam, więc strata żadna. Testuje Profanum … jeśli nie zbliżą się do poziomu Profanum Aeternum (tej czarnej J ) to nie mamy o czym rozmawiać.

Tuż przed snem poleciało Sex Art. Poleciało do kosza, bo do uszu trochę wcześniej. Z czym się to je? Ano z Korn-em, gdyż jest to kapelka z której został podkradziony wokalista Jonathan Davis. Podkradziony do Korn właśnie. Muza zdradza że już za chwilę coś się stanie i drugi ze wspomnianych zespołów namiesza dość znacznie, ale nie jest to potrawa za którą dałbym się pokroić

Brak komentarzy: