niedziela, 27 stycznia 2008

Ostatni z przygotowanych

Wyobraźmy sobie taką sytuację: z głośników sączy się wściekła blackowa polewka (hmmm…no i się wygadałem…). Gitary jadowicie tną, wokal rozdzierający powietrze, perkusja … well … perkusja raczej chujowa, ale daje radę. I teraz spojler: klawisz brzmiący niczym trzyoktawowe Casio! Najgorsza z możliwych kombinacji. I do tego jakiś intelekt wysunął te klawiszowe gluty na sam front … wyobraźmy sobie, albo włączmy Goat Horns zespołu Nocturnal Mortum. O co kolesiom chodziło, tego nie wiem. Widzę to tak: panowie chcieli podążać ścieżką Złego (smaku) i wyszło im to znakomicie. Muzyka tak podana i przyprawiona spełnia wszelkie kryteria ku temu, aby odrzucać (w końcu co black to black), więc chyba im się udało … poniekąd.

A Nuclear Assault poleciał tylko za to, że to fajna thrashowa kapela była…

Wikipedia podaje: Old Funeral- norweski zespół black/death metalowy, założony w 1988. Była to jedna z pierwszych ekstremalnych grup na norweskiej scenie metalowej. W składzie min. Abbath i Varg Vikernes.

Marilyn Manson – Golden age of grotesque. Wole ten zespół w klipach niż w formie tylko audio.

Wczoraj miałem chwile zmięknięcia znowu, a dziś twardo (zobaczymy na jak długo): nie przejdą nawet dobre rzeczy które mi się nie przydadzą raczej. Oczywiście ciężko przewidzieć na 100%, ale polecą jednak 2 płyty Biohazard i troche Cradle of Filtr. Zostawie sobie moją ukochaną Cruelty and the Beast i nie wiem czy coś jeszcze. Time will tell ;)

post numer 3 (i już mi się nie podoba)

Dzień dobry sobie. Poleciał dziś (do uszu i do kosza) Edguy i ich „Vain Glory Opera”. Fajny power – heavy, ale skoro zostawie sobie coś z Helloween (bo wiem że zostawie) a poleciała już np.: Avantasia (chyba jeszcze przed rozpoczęciem spisu strat) to dlaczego nie oni? Btw. Avantasia jest projektem pobocznym wokalisty Edguy Tobiasa Sammeta. Może kolejny ich album który właśnie dobiega mych uszu zostanie zakwalifikowany do kolejnej rundy, ale nic pewnego. W tym zestawieniu nie jest łatwo się przebić, bo sędzia jest twardzielem i się nie myje pod pachami.

………po zastanowieniu się, stwierdzono co następuje: może zostać 1 (słownie: jeden) numer, resztę bym wolał wyp … well … ierdolić … ale dziwnym trafem chyba mięknie mi rura, bo całkiem niezgorsza w sumie ta muza, zajeżdża Dyniogłowymi (też Niemcy) … się zobaczy.

Gehenna. Black Seared Heart. Po fajnym intro sztampowy, nieciekawy, średniotempowy black. Absolutnie nic, co by mnie przy tym materiale przetrzymało na dłużej niż wymaga tego przeprowadzana przeze mnie operacja „Przesiew”.

No to lecim dalej – Theatres Des Vampires … nie skomentuje nazwy. Z czymś się kojarzy? Może z wampirami z Cradle of Filth? Może być. Podobny klimat, ale raczej do późniejszych produkcji Angoli, czyli tej z mniejszą ilością blastów, bardziej osadzoną. W propozycji TDV nie dosłuchałem się blastów (ale mogły mi umknąć, więc nawet jeśli są to w ilościach śladowych). Klimat podniosły, od czasu do czasu jakiś akustyk, kobiece chórki … słowem I’m on a highway to the trash can …

Przejechałem dyskografie Summoning. Od 2001 do 1994, czyli od tylca zaobserwowałem progres (w sumie to regres obserwowałem) tej kapeli. Gdzieś na początku ich wędrówki był black. Stopniowo jednak w numerach zaczęło pojawiać się więcej przestrzeni, gitary zeszły bardziej do tyłu, postawiono na atmosfeare. Nawet rola bębnów stała się inna. Rytmy przybrały formę … mantrową? Średniowieczną? Czort wie. Ciekawostka (momentami nawet dość ambitna) aczkolwiek nie trafiająca do mnie. Dziękuje.

Teraz wiem na pewno – epicki okres Bathory jakoś nie leży mi za bardzo. Jasne że to fajne, podniosłe, patetyczne … ale wystarczy włączyć np.: Requiem aby stwierdzić że napierdalanie to jest to w czym Quorthron przekonuje mnie najbardziej.

Przeleciałem Dio … jak na 65 lat nieźle się trzyma. Wiem o co chodzi, gdy słysze że to jeden z większych wokali heavy rocka. Zresztą, nie ma się co rozwodzić. To i tak nie moja działka muzyczna. Podobnie chyba jak From Autumn To Ashes. Post hard core/noise core czy jeszcze coś innego. Nalepka nie gra roli. Dość agresywna, hałaśliwa muza przeplatana specyficzną melodyką (na szczęście nie banalną). Trochę akustycznych gitar, w sumie fajne to nawet i rozumiem dlaczego znalazło się na którejś z płytek z mp3, ale awansu na DVD raczej nie wywalczy.

Żeby nie było że jestem sprzedajną suką i wyniki są z góry ustawione i opłacone. Absolutnie z dupy do ścisłej czołówki zakwalifikował się beniaminek rozgrywek – Morte Macabre. Nic o nich nie wiem, mam tylko 4 numery (z adnotacją że reszty nie ma, zapewne chujowa była) ale za to jakie!!! Zajebiście fajnie mroczne i z POLOTEM!!! Nieco rozimprowizowane, bez wokali żadnych. 4 numery, w sumie 37 minut grania… można? No, kurwa, można!!!

Kolejny w kolejce

Kolejny dzień przesłuchań. W tym momencie My Insanity. Nazwa cienka, muza – okolice Samaela (nowszego, acz nie najnowszego) czy może nawet Him??? . Tylko 2 numery, i z tego co pamiętam – najlepsze. Reasumując – mimo całkiem sporej sympatyczności tych numerów (Solar Child i Monument) raczej nie ma sobie co dupy nimi zawracać.

Była przerwa w pisaniu, ale nie w słuchaniu. Udało mi się wsączyć w głowę Black Label Society – 1919 Eternal. Zorientowani wiedzą (kto nie wie?) że temu składowi przewodzi mr. Zakk Wylde, również podpora składu zespołu Ozziego Osbournea. Nie mam pojęcia jak się kształtuje akurat ten album w kontekście reszty dokonań pana Wylde w BLS, ale po kilku przesłuchaniach tego całkiem w sumie ciekawego materiału, poleciał do kosza. Powód? Nadzieja że trafię na jego lepsze numery. Wiem że się da.

Z przyczyn w sumie nie wiem jakich, poszedł się jebać również całkiem przyzwoity album Danzig – 777 coś tam sranie w banie w podtytule. Jaki Glenn Danzig jest każdy widzi, osobowością jest i basta, ale fucktem jest że preferuje cięższe dźwięki i dlatego na moją składankę dostał się dziś Agoraphobic Nosebleed a nie Danzig. Tyle póki co bo w ramach relaxu (???) Nortt. Kto słyszał ten wie i rozumie 3 zapytajniki w poprzednim zdaniu.

Mało oryginalności w tych początkach, ale chuj tam. Kolejny w kolejce ;) - Demogorgon. Nazwa niezbyt mądra, napierdaluszka już całkiem konkretna. death w miarę czytelny (choć to zdaje się jakieś demo) bez jebania się w szczegóły, jakieś zawiłe aranże, panowie tłuką dość ostro i do przodu. Słychać melodie (jak na death, bez popowych piargów). W końcu coś sensownego na tym łez padole.

Wieczorową porą udało mi się (znowu) wejść w temat Crowbar, którzy swoim powolnym, siermiężnym hc nie zdobyli i tym razem serca królewny. Zamiana w żabę i rzut w kierunku śmietniska był tylko kwestią czasu…

Następny przystanek – Moral Insanity. Dość rozbudowane struktury śmierć metalu i nie wyróżniające się specjalnie numery, czyli jak najbardziej poprawnie… a ja łowie.

Grave of Shadows. Chyba demo. I już widzę że pomimo fajnej najebywanki (choć np. Demogorgon mi bardziej leżał) nie znajdę tu nic wartego zamieszczenia tego na moim tworzącym się, niesamowicie exkluzywnym muzycznym DiViDi. To co rzuca się w ucho na samo „dzień dobry” to wysoko nastrojony werbel dość sowicie klepany. Do tego wokal wyraźnie z przodu, momentami chyba z lekkim efektem „zabrudzającym” (bądź jest to wina miejsca w którym zostało to nagrane, gdyż jak wspomniałem na początku – raczej z demkiem mam w tym momencie przyjemność (jednak)

Akcja przesiew czyli o co w tym chodzi :D

Jak co jakiś czas, naszło mnie na PiSaNIE. Takie hobby, dać upust emocjom, zrobić coś kreatywnego. Zwłaszcza że siedzę przy kompie i słucham muzy. A czego słucham? A tego … dotyczył będzie ten blog.

Tak się składa, że jestem w momencie remanentów muzycznych, przez dysk mojego lapciaka przewala się zastraszająca ilość dźwięków jakie udało mi się zgromadzić na przestrzeni kilku lat. Jednak w pewnym momencie powstało pytanie: po co? Skoro świat idzie do przodu, codziennie wychodzi tyle nowości że nie jest możliwe przesłuchanie tego wszystkiego (nie mówiąc nawet o kupnie…) więc po co składować tony dźwięków, do których być może już nie zdążę wrócić? Idąc właśnie tym tropem, postanowiłem odkurzyć CDki z empetrójkami, zgrać je na twardziela, przesłuchać, wyłowić ciekawostki, reszte wywalić, płytki oddać. Taka geneza, a zatem przejdźmy do meritum.

Zdążyłem już przejrzeć (czyt. wywalić) X alboomów w tym kilka płytek In Flames (w zasadzie wszystkie które miałem) gotyckie shity typu Tristania (po grzyb mi to kiedyś było, zwłaszcza że o ile mnie pamięć nie myli, zawsze wkurwiały mnie syreny na wokalu), Gorillaz (kolejny raz: po co???) czy z innej beczki np.: Pudelsi (niby to w miare jakoś z sensem, a nie widzę się zasłuchującego się w wokal „Twarda Sztuka z” Maleńczuka).

Pierwszym zespołem który załapie się na coś a’la recka w moim tekście będzie krakowski Velvet Thorns, na gruzach którego powstał czas jakiś potem zespół Retribution. Kapelka prezentuje dźwiękową materie w klimatach … dokładnie tak, jest to coś, co kilka lat wstecz, zwykło nazywać się klimatycznym metalem. Wszechobecne klawisze, raczej średnie tempa (choć okazjonalnie pojawiają się solidne dojebania). Męski ryk, okazjonalnie recytacja bądź szept. W sumie Where Demons Rise (bo tak się nazywa ten album z 1997 roku) powinni bez problemu wciągnąć fani wczesnego oblicza np.: Anathemy, czy rodzimego Sirrah. Słucha się tego całkiem fajnie, aczkolwiek kapelka idzie do wywalenia. Powód? Gdyż jest to jedna z tych płyt, do których bym i tak raczej nie wrócił. Za mało mam czasu. Sorry panowie.

Dwa dni minęły, w międzyczasie przeleciałem trochę Helloween, ale nie będę się rozwodził nad sprawami tak oczywistymi jak to, że Michael Kiske jest najlepszym wokalem do tej kapeli, w związku z czym całkiem niezły Time of the Oath przepadł w czeluściach kosza… Co pozatym? Dead Kennedys z szalonym Jello Biafra, zapoznanie się nieco bliższe z Nargaroth prezentującym (jak sama nazwa może sugerować) ostry i agresywny black metal. Przeleciałem kilka ich wydawnictw, wyłowiłem dwa bieguny ich twórczości – prymitywny, pozbawiony wokalu, kojarzący mi się z klimatem Burzum i drugi, kurewsko mocny, zdecydowanie szybszy, leppiej wyprodukowany, równie interesujący.

W międzyczasie poleciał masakratorek p.t: Demigod (skojarzenia?) taaa….powiem tak: 1992. Jasne? Kapela kultywująca death metal dość agresywny acz z pewną dozą momentów do zapamiętania (mroczne, nieco klimatyczne zwolnienia). Czymś mnie wstępnie ujęli, więc punkt dla nich, przechodzą do półfinałów ;).

Z rzeczy znanych i lubianych – Rage Against The Machine. Kapela na której nabawiłem się kiedyś problemów z kręgosłupem ;) skacząc jak szalony po całym pokoju. Energia proszę państwa. W ramach remanentu przesłuchałem tylko trójeczkę, czyli The battle for L.A. który znam najmniej, bo do którego mam jeden, ale za to poważny zarzut. Brzmienie. Panowie poszli mocno do przodu i wysmażyli naprawdę fajne, pełne brzmienie, ale … brakuje mi przez to surówki słyszalnej wcześniej. Tyle póki co w temacie Rage-ów.

Kolejną kapelką na liście do wywalenia okazał się za to holenderski Callenish Circle (ich strona podała że w lutym 2007 zakończyli działalność. No i spoko ;P). Miks szwedzkiego, czyli melodyjnego death, który sam w sobie jest ciężko przeze mnie przyswajalny, z klimatycznymi naleciałościami ( wspomniany powyżej Demigod robił to jednak znaaaacznie leppiej) kieruje moje paluchy w kierunku klawisza DEL a tym samym holendrów w okolice kosza. I nie ma opcji że z tego wyjdą. Tyle. Dobranoc sobie.

Żartowałem, na koniec poleciała jeszcze Absemia, fajny, grindujący nieco (zwłaszcza widzę to w wokalach) death metal, który jednakże jest dość mocno nieczytelny z poziomu kompa, co automatycznie plasuje go w peletonie kapel do wydupcenia ze skutkiem natychmiastowym. Szkoda trochę, ale takie są reguły…

PieS: dowiedziałem się że są z Argentyny ;)

Tyt2łem wstępu

nie zaczyna się bloga od "no więc".
pierwszy wpis należy do auuuutora. Czyli mnie.

nie mam jednak ochoty na jakieś bzdurne wpisy, gdyż mam już napisane kilka zwrotek tekstu do umieszczenia, a zatem niezwłocznie przechodzę od słów do czynów.

Zasady komentowania: mam absolutnie wypierdolone na to czy ktoś kto będzie to czytał (jeśli ktokolwiek) będzie chciał mnie zbluzgać za moje wypociny czy postawić mi loda - zero cenzury na tym blogu. Prosze bardzo, rzucajcie we mnie gównem, wytarzam się w nim z lubością i zmasturbuje w oparach kału.

A zatem do dzieła!!!