niedziela, 27 stycznia 2008

post numer 3 (i już mi się nie podoba)

Dzień dobry sobie. Poleciał dziś (do uszu i do kosza) Edguy i ich „Vain Glory Opera”. Fajny power – heavy, ale skoro zostawie sobie coś z Helloween (bo wiem że zostawie) a poleciała już np.: Avantasia (chyba jeszcze przed rozpoczęciem spisu strat) to dlaczego nie oni? Btw. Avantasia jest projektem pobocznym wokalisty Edguy Tobiasa Sammeta. Może kolejny ich album który właśnie dobiega mych uszu zostanie zakwalifikowany do kolejnej rundy, ale nic pewnego. W tym zestawieniu nie jest łatwo się przebić, bo sędzia jest twardzielem i się nie myje pod pachami.

………po zastanowieniu się, stwierdzono co następuje: może zostać 1 (słownie: jeden) numer, resztę bym wolał wyp … well … ierdolić … ale dziwnym trafem chyba mięknie mi rura, bo całkiem niezgorsza w sumie ta muza, zajeżdża Dyniogłowymi (też Niemcy) … się zobaczy.

Gehenna. Black Seared Heart. Po fajnym intro sztampowy, nieciekawy, średniotempowy black. Absolutnie nic, co by mnie przy tym materiale przetrzymało na dłużej niż wymaga tego przeprowadzana przeze mnie operacja „Przesiew”.

No to lecim dalej – Theatres Des Vampires … nie skomentuje nazwy. Z czymś się kojarzy? Może z wampirami z Cradle of Filth? Może być. Podobny klimat, ale raczej do późniejszych produkcji Angoli, czyli tej z mniejszą ilością blastów, bardziej osadzoną. W propozycji TDV nie dosłuchałem się blastów (ale mogły mi umknąć, więc nawet jeśli są to w ilościach śladowych). Klimat podniosły, od czasu do czasu jakiś akustyk, kobiece chórki … słowem I’m on a highway to the trash can …

Przejechałem dyskografie Summoning. Od 2001 do 1994, czyli od tylca zaobserwowałem progres (w sumie to regres obserwowałem) tej kapeli. Gdzieś na początku ich wędrówki był black. Stopniowo jednak w numerach zaczęło pojawiać się więcej przestrzeni, gitary zeszły bardziej do tyłu, postawiono na atmosfeare. Nawet rola bębnów stała się inna. Rytmy przybrały formę … mantrową? Średniowieczną? Czort wie. Ciekawostka (momentami nawet dość ambitna) aczkolwiek nie trafiająca do mnie. Dziękuje.

Teraz wiem na pewno – epicki okres Bathory jakoś nie leży mi za bardzo. Jasne że to fajne, podniosłe, patetyczne … ale wystarczy włączyć np.: Requiem aby stwierdzić że napierdalanie to jest to w czym Quorthron przekonuje mnie najbardziej.

Przeleciałem Dio … jak na 65 lat nieźle się trzyma. Wiem o co chodzi, gdy słysze że to jeden z większych wokali heavy rocka. Zresztą, nie ma się co rozwodzić. To i tak nie moja działka muzyczna. Podobnie chyba jak From Autumn To Ashes. Post hard core/noise core czy jeszcze coś innego. Nalepka nie gra roli. Dość agresywna, hałaśliwa muza przeplatana specyficzną melodyką (na szczęście nie banalną). Trochę akustycznych gitar, w sumie fajne to nawet i rozumiem dlaczego znalazło się na którejś z płytek z mp3, ale awansu na DVD raczej nie wywalczy.

Żeby nie było że jestem sprzedajną suką i wyniki są z góry ustawione i opłacone. Absolutnie z dupy do ścisłej czołówki zakwalifikował się beniaminek rozgrywek – Morte Macabre. Nic o nich nie wiem, mam tylko 4 numery (z adnotacją że reszty nie ma, zapewne chujowa była) ale za to jakie!!! Zajebiście fajnie mroczne i z POLOTEM!!! Nieco rozimprowizowane, bez wokali żadnych. 4 numery, w sumie 37 minut grania… można? No, kurwa, można!!!

Brak komentarzy: