Jak co jakiś czas, naszło mnie na PiSaNIE. Takie hobby, dać upust emocjom, zrobić coś kreatywnego. Zwłaszcza że siedzę przy kompie i słucham muzy. A czego słucham? A tego … dotyczył będzie ten blog.
Tak się składa, że jestem w momencie remanentów muzycznych, przez dysk mojego lapciaka przewala się zastraszająca ilość dźwięków jakie udało mi się zgromadzić na przestrzeni kilku lat. Jednak w pewnym momencie powstało pytanie: po co? Skoro świat idzie do przodu, codziennie wychodzi tyle nowości że nie jest możliwe przesłuchanie tego wszystkiego (nie mówiąc nawet o kupnie…) więc po co składować tony dźwięków, do których być może już nie zdążę wrócić? Idąc właśnie tym tropem, postanowiłem odkurzyć CDki z empetrójkami, zgrać je na twardziela, przesłuchać, wyłowić ciekawostki, reszte wywalić, płytki oddać. Taka geneza, a zatem przejdźmy do meritum.
Zdążyłem już przejrzeć (czyt. wywalić) X alboomów w tym kilka płytek In Flames (w zasadzie wszystkie które miałem) gotyckie shity typu Tristania (po grzyb mi to kiedyś było, zwłaszcza że o ile mnie pamięć nie myli, zawsze wkurwiały mnie syreny na wokalu), Gorillaz (kolejny raz: po co???) czy z innej beczki np.: Pudelsi (niby to w miare jakoś z sensem, a nie widzę się zasłuchującego się w wokal „Twarda Sztuka z” Maleńczuka).
Pierwszym zespołem który załapie się na coś a’la recka w moim tekście będzie krakowski Velvet Thorns, na gruzach którego powstał czas jakiś potem zespół Retribution. Kapelka prezentuje dźwiękową materie w klimatach … dokładnie tak, jest to coś, co kilka lat wstecz, zwykło nazywać się klimatycznym metalem. Wszechobecne klawisze, raczej średnie tempa (choć okazjonalnie pojawiają się solidne dojebania). Męski ryk, okazjonalnie recytacja bądź szept. W sumie Where Demons Rise (bo tak się nazywa ten album z 1997 roku) powinni bez problemu wciągnąć fani wczesnego oblicza np.: Anathemy, czy rodzimego Sirrah. Słucha się tego całkiem fajnie, aczkolwiek kapelka idzie do wywalenia. Powód? Gdyż jest to jedna z tych płyt, do których bym i tak raczej nie wrócił. Za mało mam czasu. Sorry panowie.
Dwa dni minęły, w międzyczasie przeleciałem trochę Helloween, ale nie będę się rozwodził nad sprawami tak oczywistymi jak to, że Michael Kiske jest najlepszym wokalem do tej kapeli, w związku z czym całkiem niezły Time of the Oath przepadł w czeluściach kosza… Co pozatym? Dead Kennedys z szalonym Jello Biafra, zapoznanie się nieco bliższe z Nargaroth prezentującym (jak sama nazwa może sugerować) ostry i agresywny black metal. Przeleciałem kilka ich wydawnictw, wyłowiłem dwa bieguny ich twórczości – prymitywny, pozbawiony wokalu, kojarzący mi się z klimatem Burzum i drugi, kurewsko mocny, zdecydowanie szybszy, leppiej wyprodukowany, równie interesujący.
W międzyczasie poleciał masakratorek p.t: Demigod (skojarzenia?) taaa….powiem tak: 1992. Jasne? Kapela kultywująca death metal dość agresywny acz z pewną dozą momentów do zapamiętania (mroczne, nieco klimatyczne zwolnienia). Czymś mnie wstępnie ujęli, więc punkt dla nich, przechodzą do półfinałów ;).
Z rzeczy znanych i lubianych – Rage Against The Machine. Kapela na której nabawiłem się kiedyś problemów z kręgosłupem ;) skacząc jak szalony po całym pokoju. Energia proszę państwa. W ramach remanentu przesłuchałem tylko trójeczkę, czyli The battle for L.A. który znam najmniej, bo do którego mam jeden, ale za to poważny zarzut. Brzmienie. Panowie poszli mocno do przodu i wysmażyli naprawdę fajne, pełne brzmienie, ale … brakuje mi przez to surówki słyszalnej wcześniej. Tyle póki co w temacie Rage-ów.
Kolejną kapelką na liście do wywalenia okazał się za to holenderski Callenish Circle (ich strona podała że w lutym 2007 zakończyli działalność. No i spoko ;P). Miks szwedzkiego, czyli melodyjnego death, który sam w sobie jest ciężko przeze mnie przyswajalny, z klimatycznymi naleciałościami ( wspomniany powyżej Demigod robił to jednak znaaaacznie leppiej) kieruje moje paluchy w kierunku klawisza DEL a tym samym holendrów w okolice kosza. I nie ma opcji że z tego wyjdą. Tyle. Dobranoc sobie.
Żartowałem, na koniec poleciała jeszcze Absemia, fajny, grindujący nieco (zwłaszcza widzę to w wokalach) death metal, który jednakże jest dość mocno nieczytelny z poziomu kompa, co automatycznie plasuje go w peletonie kapel do wydupcenia ze skutkiem natychmiastowym. Szkoda trochę, ale takie są reguły…
PieS: dowiedziałem się że są z Argentyny ;)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz