niedziela, 27 stycznia 2008

Kolejny w kolejce

Kolejny dzień przesłuchań. W tym momencie My Insanity. Nazwa cienka, muza – okolice Samaela (nowszego, acz nie najnowszego) czy może nawet Him??? . Tylko 2 numery, i z tego co pamiętam – najlepsze. Reasumując – mimo całkiem sporej sympatyczności tych numerów (Solar Child i Monument) raczej nie ma sobie co dupy nimi zawracać.

Była przerwa w pisaniu, ale nie w słuchaniu. Udało mi się wsączyć w głowę Black Label Society – 1919 Eternal. Zorientowani wiedzą (kto nie wie?) że temu składowi przewodzi mr. Zakk Wylde, również podpora składu zespołu Ozziego Osbournea. Nie mam pojęcia jak się kształtuje akurat ten album w kontekście reszty dokonań pana Wylde w BLS, ale po kilku przesłuchaniach tego całkiem w sumie ciekawego materiału, poleciał do kosza. Powód? Nadzieja że trafię na jego lepsze numery. Wiem że się da.

Z przyczyn w sumie nie wiem jakich, poszedł się jebać również całkiem przyzwoity album Danzig – 777 coś tam sranie w banie w podtytule. Jaki Glenn Danzig jest każdy widzi, osobowością jest i basta, ale fucktem jest że preferuje cięższe dźwięki i dlatego na moją składankę dostał się dziś Agoraphobic Nosebleed a nie Danzig. Tyle póki co bo w ramach relaxu (???) Nortt. Kto słyszał ten wie i rozumie 3 zapytajniki w poprzednim zdaniu.

Mało oryginalności w tych początkach, ale chuj tam. Kolejny w kolejce ;) - Demogorgon. Nazwa niezbyt mądra, napierdaluszka już całkiem konkretna. death w miarę czytelny (choć to zdaje się jakieś demo) bez jebania się w szczegóły, jakieś zawiłe aranże, panowie tłuką dość ostro i do przodu. Słychać melodie (jak na death, bez popowych piargów). W końcu coś sensownego na tym łez padole.

Wieczorową porą udało mi się (znowu) wejść w temat Crowbar, którzy swoim powolnym, siermiężnym hc nie zdobyli i tym razem serca królewny. Zamiana w żabę i rzut w kierunku śmietniska był tylko kwestią czasu…

Następny przystanek – Moral Insanity. Dość rozbudowane struktury śmierć metalu i nie wyróżniające się specjalnie numery, czyli jak najbardziej poprawnie… a ja łowie.

Grave of Shadows. Chyba demo. I już widzę że pomimo fajnej najebywanki (choć np. Demogorgon mi bardziej leżał) nie znajdę tu nic wartego zamieszczenia tego na moim tworzącym się, niesamowicie exkluzywnym muzycznym DiViDi. To co rzuca się w ucho na samo „dzień dobry” to wysoko nastrojony werbel dość sowicie klepany. Do tego wokal wyraźnie z przodu, momentami chyba z lekkim efektem „zabrudzającym” (bądź jest to wina miejsca w którym zostało to nagrane, gdyż jak wspomniałem na początku – raczej z demkiem mam w tym momencie przyjemność (jednak)

Brak komentarzy: